Wiatr zostaje przy 700 metrach: liberalizacja stanęła w pół drogi
Nowa wersja ustawy wiatrakowej utrzymuje minimalną odległość 700 metrów między turbinami a domami, rezygnując z obiecywanego wcześniej poluzowania do 500 metrów — kompromis po prezydenckich wetach, które blokowały reformę. Stara zasada 10H, praktycznie zakazująca wiatru w całym kraju, pozostaje jednak pogrzebana.
Redakcja EuroEnergy · 1 min czytania · zaktualizowano 29 wrz 2026
Polska reforma wiatrowa doszła do mety z połową zwycięstwa. Rząd wznowił na początku 2026 roku prace nad ustawą wiatrakową — przepisami określającymi, jak blisko domów mogą stać turbiny — i zdecydował się utrzymać próg 700 metrów, porzucając zejście do 500 metrów z pierwotnego projektu.
Co przepadło po drodze. Wariant 500 metrów otworzyłby dla rozwoju wiatru dodatkowe około 32 500 kilometrów kwadratowych — powierzchnię całego województwa. Resort rolnictwa i inne głosy w koalicji podnosiły hałas i migotanie cienia; nad wszystkim wisiał precedens prezydenckich wet, które już raz zabiły reformę. Stabilność procesu inwestycyjnego wygrała z ambicją.
Co zostaje wygrane. Zasada 10H z 2016 roku — odległość dziesięciu wysokości turbiny, blokująca praktycznie każdy nowy projekt — to historia. Przy 700 metrach deweloperzy znów mają pole do pracy, choć mniejsze, niż liczyli; wąskim gardłem pozostają procedury planowania miejscowego.
Stawka w tle. Wiatr na lądzie to najtańsza nowa energia Polski, a zimowe wieczory — gdy słońca brak, a zużycie rośnie — to dokładnie jego profil produkcji. Każdy kilometr regulacyjnej odległości przekłada się na gigawaty, które w następnej dekadzie powstaną albo nie.
Ile wiatr waży w polskim miksie, na stronie kraju.
Więcej wiadomości
Komentarze
Skomentuj jako pierwszy.